Dziś będzie (lekko mam nadzieję) o dość ciężkich klimatach.

Przychodzi taki moment w terapii duchowej, kiedy bum!, człowiek czuje w sobie Wielki Piątek. W żyłach ołów, w piersiach tępy ból, w oczach łzy. Smutek i cierpienie. Nie-fizyczne. Choć w ciele też boli.

Nie brzmi to zbyt zachęcająco, wiem. Kto chce cierpieć? Nikt, bo cierpienie boli. Czy można się rozwijać w terapii bez fazy bólu? Chętnie podyskutuję z ochotnikami na ten temat, ale mam ochotę powiedzieć tu i teraz, dlaczego ja osobiście cenię tę fazę. I u siebie i u innych.

W wyższych stanach świadomości dosłownie WIDAĆ spustoszenie, jakie pozostawia w nas trauma. Wytrącona z równowagi dusza wydziela mgłę. Szarą, chłodną, mglistą. Ta mgła, jeśli trauma pogłębia się i trwa, potrafi ewoluować w czarny budyń, smołę, a potem kamień. Zresztą o wszelkich stanach związanych z cierpieniem mówimy używając szarości, czerni i kamieni : poczerniał na twarzy ze zgryzoty, serce mu skamieniało z rozpaczy, twarz mu poszarzała. Nikt nigdy nie ma rozjaśnionej buzi w cierpieniu, ani nie jest mu lekko na duszy, kiedy ma zmartwienie.

Te szaro-czarne słowa dokładnie opisują wielowymiarowe zjawiska duchowe ( w końcu słowo to przybysz z wyższych wymiarów), tak, jak je dosłownie można na własne „wieczyste” oczy zobaczyć w wyższych wymiarach. Wielgachne omaszałe kamienie, czarne, straszne dziury, przerażającą ciemność.

A teraz najważniejsze!! J : każde zeciemnienie energii, każda mgła, czyli każde cierpienie naszej duszy jest potencjałem do pojawienia  się Światła. W wyższych stanach świadomości wszelkie uzdrawianie polega właśnie na transformacji zaciemnień w Światło. Warunkiem transformacji jest... MIŁOŚĆ. To, że w czasie duchowej wędrówki po wyższych wymiarach i po spotkaniu ciemności, jesteśmy w stanie zreagować na nią z miłością, uczuciem, czułością, jako wspaniali generatorzy miłości, jest wybawieniem dla ciemności. Miłość i czułość zaaplikowana jak uzdrawiający plaster na ciemność sprawia, że ciemność rzednie, jaśnieje, aż w końcu pojawia się Boskie Światło. Światło leczy uzdrowione miejsce, doświetlając je i pokrywając mega wysoką wibracją. Światlo widać i czuć. Blask tysiąca słońc i błogostan w każdej komórce.

Odpowiednie miejsca w ciele też od razu jak radar wychwytują transformację duchową w wyższym wymiarze. Metamorfoza doświetla przestrzenie międzykomórkowe w naszym DNA. Ciało się regeneruje.

Hildegarda z Bingen jasno stawiała sprawę: wszelkie niedomagania fizyczne są obrazem turbulencji w duszy. Mgła zakłóca dopływ życiodajnej Viriditas –promienistej energii życia emitowanej przez Stwórcę, która regeneruje nasze ciało, a którejswobodnymi przepływami steruje dusza.

No to cierpieć, czy nie cierpieć? Nie da sie być w kontakcie ze sobą i uniknąć cierpienia. Unikając kontaktu z bólem, pozbawiamy się kontaktu z radością. Uczucia to jeden i ten sam guzik. Ale można być aktywnie transformującym się człowiekiem, a nie ofiarą  duchowego bólu.

Sięgając do przykładu Wielkiej Nocy, nie byłoby Zmartwychwstania bez Wielkiego Piątku. To jest pewna sekwencja zdarzeń, nasza lekcja w planetarnej szkole na pięknej Ziemi.

I jeszcze jedno. Duchowa krzepa to w końcu umiejętność utrzymania kontaktu z bólem. Umiejętność aktywnego podejścia do dyskomfortu i transformowania go.

Każde spotkanie ze Światłem podwyższa nasze wibracje. Im wyższe wibracje, tym lepiej wszystko się układa. Wysokie wibracje to stan flow. Każdemu, i sobie życzę!

Dlatego warto szukać zaciemnień w sobie, wchodzić z nimi w kontakt , traktować z miłością i cieszyć się metamorfozą w Światło.

 

Każda ciemność to szansa na wyższe wibracje i potencjalnie milowy krok w drodze ku FLOW J