Chyba nie ma człowieka, który choć raz w życiu nie zadałby sobie pytania: jaki sens ma moje życie? Jaki sens ma wszystko to, co się dzieje wokół? Po co żyję? Po co walczę? Co się ze mną stanie po śmierci?

Nie jest łatwo odpowiedzieć sobie na te pytania w dzisiejszej kulturze. A wszystko przez Renata Kartezjusza.

Żyjemy w czasach, w których nasze myślenie organizuje tzw. paradygmat kartezjański, inaczej zwany kartezjańsko-newtonowskim:  „tylko nauka jest nam w stanie dać ostateczną pewność” (słynne Kartezjuszowe zdanie).

Jesteśmy gotowi uwierzyć tylko w to, co sprawdzalne. Policzalne, ogarnialne, widzialne. Naukowo do udowodnienia, laboratoryjnie do sprawdzenia.

Klepnięty przez naukowców kartezjański wzorzec  myślenia o sobie i o świecie, umocnił w człowieku, to, do czego i tak ma wielki talent: do określania siebie przede wszystkim w dialogu z materią.

Ustalamy w ten sposób swoją wartość i ważność. Szczęście często identyfikujemy z pulchnością konta. Ba! Nawet miłość  chętniej rozkwita w pobliżu  grubego portfela. Miejsce w społeczeństwie wyznacza zdobycie domu, samochodu i biletów pod palmy. To oczywiste, że bez jedzenia i dachu nad głową człowiek nie przeżyje, ale to, do jakiego stopnia zakochaliśmy się w materii jest doprawdy fascynujące!

Ile dziurek w bucie może założyć prawdziwy gentleman, ile włosów i gdzie musi dodać lub odjąć prawdziwa dama. Zegarek, krawat, samochód. Wszystko ma swoją symbolikę. Wygląd wiecznego pióra mówi o Tobie: to alfa, umie polować, doskonale wie, jak przechytrzyć wroga. Albo odwrotnie: to omega, ofiara i nieudacznik, potknie sie uciekając przed problemami i jeszcze  Ciebie podetnie.

To zrozumiałe, że społeczeństwo, żeby funkcjonować i iść do przodu, musi się w sensowny sposób umówić, jak odróżnić produktywnych członków od darmozjadów. My umówiliśmy się, że skoro to materia jest najważniejsza, papierkiem lakmusowym sensu istnienia jednostki będzie przede wszystkim jej zdolność  akumulowania pieniędzy. 

Władcy portfela rządzą. W naszej dobrze naoliwionej maszynie zachodnioeuropejskiej kultury, sprawy duchowe zostały zepchnięte na margines.

Przyjrzyjmy się dokładniej, co zyskujemy, a co tracimy wpatrując się hipnotycznie jedynie w materię.

Według Hildegardy z Bingen są w nas prócz materii, również i trzy inne obszary: dusza, obszar boski i obszar kosmiczny.

Co to oznacza dla każdego człowieka? Co to oznacza dla mnie? Czy ma to jakiś wpływ na moje samopoczucie i moje szanse na zaznania szczęścia w życiu? Bo przecież każdy  z nas chce być szczęśliwy. Za materią gonimy też tylko po to, żeby dogonić szczęście.

I tu zaczynają się schody. Bo jeśli JA, to nie tylko materia, jeśli JA to także jakieś niewidzialne sfery, to one też czegoś chcą. Czegoś pragną. Za czymś tęsknią.  Nawet kiedy nie patrzę w ich kierunku, one nadal są. To, że zamknę na chwilę oczy, nie sprawi, że zniknie podłoga na której stoję. Fakt, że ja tego przez moment nie widzę, niczego nie zmienia, podłoga nadal istnieje. Albo pluszowy fotel po zgaszeniu światła. Nie widać go, ale jest.

Według Hildegardy istnieje w nas właśnie widzialne i niewidzialne. To wszystko w każdym człowieku. Cztery obszary. Materia, dusza, obszar boski  i obszar kosmiczny. W każdym z nas. Wszystkie ważne. Są, choć tego nie widzimy. Działają, choć o nich nie pamiętamy. Non-stop grzecznie stoją obok portfela. I czekają. Na przebudzenie mojej i Twojej świadomości.

W naszej zmaterializowanej kulturze nie lubimy zawracać sobie głowy niewidzialnym. Dopiero w obliczu spraw ostatecznych:  w ciężkiej chorobie, lub pod koniec życia wzrasta w nas zainteresowanie religią. Tak trochę „na wszelki wypadek”. A nóż po drugiej stronie rzeczywiście urzęduje jakaś Wyższa Komisja Do Spraw Mojego Życia? Może patrzą surowo i warto zawczasu nadrobić duchowe zaległości?

Ale większość życia upływa nam w zapomnieniu. W zaniedbaniu. Bo jeśli jestem kimś więcej niż tylko materią, to utrata codziennej więzi z Niewidzialnym oznacza nie tylko przyszłe bąkanie na niebiańskim dywaniku przy zdawaniu raportu z ziemskiej podróży. To oznacza również (i ta dopiero ta część jest naprawdę niepokojąca!), że przez całe życie jakaś część mnie pozostaje dla mnie samego NIE ODKRYTA. Mój wielki potencjał nie wykorzystany. Moje tęsknoty być może niewłaściwie pojęte. Przez kilkadziesiąt lat na planecie Ziemia chodzę i działam bez świadomości, KIM NAPRAWDĘ JESTEM I NA CO MNIE STAĆ.

Otóż jeśli przyjmiemy, że jesteśmy czymś więcej, niż tylko materią, jeśli nasze ciało jest domem dla naszej duszy, jeśli płynie w nas tchnienie Boga, to zamiast  martwić się, że trzeba będzie zgłosić nieprzygotowanie do lekcji tuż po wejściu do nieba,  lepiej zastanówmy się, jakie możliwości tracimy, przez to, że nie widzimy całego spektrum siebie tu i teraz. Jak wielką stratą jest to, że nie wszystkie karty z księgi naszego życia mamy otwarte i być może nigdy ich nie przeczytamy. Że jakaś część pasjonujących przygód, monumentalnych przeżyć nas ominie.

I to dopiero jest przerażające! Nie to, co się stanie po śmierci, ale to, co nie stanie się za życia!

Wstrząsający jest fakt, że być może nasza ukochana kultura odnosząc imponujące  zwycięstwa w laboratoriach, czegoś jednak nie dopilnowała, o czymś zapomniała, coś usunęła z pola widzenia. Utraciła ważną część siebie. Ważną część nas.

Wcale mnie to nie dziwi. Nie można jednocześnie robić na drutach i flancować pomidorów. Jeśli Europa wybrała laboratorium i wpatrywanie w mikroskop, ograniczyła tym samym myśli szybujące ku Światłu. Zajęta przekrojem poprzecznym żaby, przestała nadsłuchiwać podszeptów duszy. Zaczęła liczyć gwiazdy nad sobą, a nie w sobie. Za wiedzę, jaką zdobywała, gotowa była oddać życie. Ludzie ginęli na stosach nie tylko za wiarę, ale również za wiedzę. Za odkrycia astronomiczne, za zdobywanie nieznanych lądów, opływanie burzliwych przylądków, za złoto, nowe gatunki ptaków, za poprawne wytyczenie brzegów afrykańskich jezior. Odkrywca materii w ferworze tych ważnych i emocjonujących spraw, nie zauważył, że odwrócił się tyłem do spraw mniej namacalnych.

Jestem absolutnie za penicyliną i podróżami na krańce świata, ale może już najwyższy czas wyrównać szanse widzialnego i niewidzialnego w naszej świadomości? Może już czas podarować sobie, a potem swoim dzieciom i przyjaciołom nasz wielki, zaginiony przez ostatnie wieki holistyczny potencjał? 

Ja mam zamiar wyjść z tych kartezjańskich manowców i sprawdzić, czy mi się polepszy ;)